28.07
No i coż - 3 dni temu przyszło nam w strugach deszczu pożegnać Rudy'ego i Jean. Mimo że proponowali nam żebyśmy zostali jeszcze dłużej, a Rudy na koniec zawiózł nas na pace do Jareda, żebyśmy posiedzieli może u niego, to dalsza droga wzywała.
Ogólnie do Parku można wjechać od 2 stron: Nabesna Road i MacCharty Road. W większości ludzie mieszkający przy Nabesna Road to 'snow birds' - w paździeniku/listopadzie opuszczają Alaskę i wracją do nieco cieplejszych stanów - Waszyngton, Idaho i in. Od Jareda mamy zaproszenie na grudzień/styczeń - on jako jeden z nielicznych mieszka na terenie parku przez cały rok. Nie jest to łatwe - wszystko pokryte śniegiem, temperatura spada nawet do -50 F a słońce wychodzi zaledwie na parę godzin w ciągu dnia.
Tak więc opusczając naszych znajomych z niemałą melancholią, za to wielkim zapasem jedzenia, który od nich dostaliśmy (kawa, migdały, płatki, ryż, mleko w proszu, ziemniaki w proszku, wojskowe racje żywnościowe....) cieszyliśmy się, że mimo deszczu możemy spokojnie pobyć w parku jeszcze kilka dni. Gdy dotarliśmy na miejsce noclegu okazało się, że nieopodal stoi zaparkowany mały van. Przemiły Pan X wraz ze swoją miniaturową pinczerką Missy musiał nas polubić, gdy patrzył jak na ognisku robimy sobie kawę i makaron, gdyż zaproponował, że następnego dnia zawiezie nas na drugą stronę Parku. Super!
Tak więc cały następny dzień upłynął nam w drodze. Łącznie jakieś 200 mil po żwirowych 'autostradach'. Dla pełni szczęścia jeszcze nowa paczka tytoniu i obiad w postaci amerykańskich hamburgerów postawiony nam przez Pana X, który okazał się pracować przy konstrukcji części do samoltów i wystawianiu znaków jakości ISO. Teraz będąc na emeryturze podrużuje sobie po stanach i chyba musiał stwierdzić, że zawiezienie nas do parku jest dobrą okazją zabicia czasu, podczas gdy czeka na wnuka, który ma do niego dołączyć.
Druga strona Parku jest zupełnie inna.
Może bardziej malownicza ale i zatłoczona. Także po mile spędzonym wieczorze, grze w karty z Panem X i chwili szczęścia ze słońca, dziś postanowiliśmy pójść w dzicz. Dystans przebytych przez nas dziś 32kilometrów i 3 przekraczane strumienie, dały nam w kość, ale było warto. Żywej duszy, nieopodal Nuget Creek, w oddali cudowne góry i możliwość spędzenia tu kilku dni, a może nawet wyprawa na lodowiec. Morale są - obolali ale najedzeni, po kawie, herbacie, szynce i ciastku klonowym z racji armii USA oraz makaronie w sosie pomidorowym na kolację idziemy właśnie spać. Godzina 1:47 - niby w lesie ciemno, ale na horyzoncie wciąż jasno. Perspektywa niespotakania nikogo przez ładnych kilka dni, a za to prawdziwa natura i bezkresna przestrzeń działa pozytywnie...
04.08
I minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. Po tym jak Pan X przewiózł nas na tę stronę parku mieliśmy tu spędzić tylko 2 noce, a dziś mija uch już 7... Siedzimy cały czas w tym samym miejscu (Nugget Creek), ale nie jak mogłoby się wydawać bezczynnie. Bo działo się sporo po drodze. Kto powie, że papierosy nie mają swoich dobrych stron – ten skłamie. Dla palacza to najlepsza motywacja, żeby nawet góry niemalże przenosić. I tak było tym razem. Jesteśmy w pięknym miejscu – cisza, spokój, natura. Możemy tu siedzieć póki nam się nie skończy jedzenie – baardzo długo.... Stop. Jednak nie. Jutro skończą się papierosy. Szybka decyzja – zejdziemy do najbliższej cywilizacji, kupimy tytoń i wtedy naprawdę można tu zostać. Plan wyglądał prosto: zostawiamy wszystko na górze, bierzemy tylko plecak, czołówki, waterproofy i schodzimy 18 mil w dół. Potem łąpiemy stopa, jedziemy jeszcze 15 mil żwirową drogą i robimy zakupy. Wracamy znów 15mil i 18 mil do góry. Proste – co to dla nas 36 mil na piechotę? Jednak w trakcie okazało się trochę inaczej... Faktycznie udało nam się zejść, złapać stopa i zrobić zakupy (tytoń, jeam beam, jedzenie i trochę rozpusty) ale gdy o 18:30 zaczęliśmy łapać stopa, okazało się, że nie ma szans żebyśmy przed 2 w nocy dotarli do namiotu. Więc przyszło nam nocować w Chitinie. Bez namiotu, bez śpiworów, bez ciepłych ubrań. Naszczęśćie miła Pani z budki z eggburitos podładowała nam laptopa a my zjedliśmy ciepły posiłek.
Ale przyszedł wieczór i zrobiło się zimno. I wiatr. Naprawdę zimno. No nic, noc trzeba jakoś przetrwać – trzęsąc się na ławeczce i rozwiązując sudoku z gazety, przetrwaliśmy parę godzin. W pewnym momenice, w jeziorze za nami, dało się posłyszeć jakiś plusk. „A tam, pewnie bóbr, kaczka, albo inna cholera...A może i nie..?” Maciek wygląda i woła mnie szeptem. No faktycznie nie da się ukryć. Jak bardzo by się nam nie wydawało, że się nam wydaje, mamy przed sobą pierwszego na Alasce łosia. I to jak blisko! Wydaje się, że absolutnie w wieczornej kompieli nie przeszkadza mu fakt otaczającej go cywilizacji. To jest właśnie Alaska – niby cywilizacja, niby po drugiej stronie zabudowania, a jakieś 40m od nas: łoś.
Dla samego widoku paru wieczornych łosich kąpieli warto było spędzić całą noc przy mikroognisku i dużym wietrze. Poza tym w końcu zobaczyliśmy alaskański zmierzch i świt. Teraz gdy dnia ubywa ciemno się robi już koło 24, chociaż takie ciemno to i tak dużo powiedziane, potem o 3 zaczyna się robić jasno-szarawo. I tak jest aż do 4, kiedy można powiedzieć, że zdecydowanie zaczyna świtać. Coś koło 5 to pora na ostatnią kąpiel łosia. Potem pojawiają się bobry, a nam zostały jeszcze tylko 4 godziny oczekiwania, żeby porozmawiać, skoro już tutaj jesteśmy, z rangerem, który swoją drogą zdziwił się niesamowicie, że przez prawie 3 tygodnie nie widzieliśmy żadnego misia. Po załatwieniu wszelkich spraw, zarezerwowaniu kabinki na 2 noce, która znajduje się po drugiej stronie strumienia niż nasz obóz, ruszamy znów w drogę. Stopa łapiemy szybko więc jest dobrze. Ale 18 mil, które mamy do przejścia, to jednak nie byle co. Gorąco, plecak ciąży, a przed wyjazdem tylko jedno z nas przyznało się do problemów z kolanem. W drodze trzeba rozmawiać, żeby ewentualny miś nie został przez nas zaskoczony. Czego my nie wymyślamy, co to zrobimy przez najbliższy tydzień! I jak w końcu uda nam się dotrzeć, jak będziemy się wylegiwać na słońcu. W drodze podziwiamy misie kupy na ziemi, które jakże urozmaicają naszą rozmowę i ożywiają debatę – czy widzieliśmy je wcześniej (są stare), czy to może nowość. Maciek po nieprzespaniu nocy jest zachwycony kojącym szumem fal, który zdaje się, że go otacza. Trudno powiedzieć, czy coś mu się przestawiło w głowie, czy chodzi mu o wydobywający się ze mnie, niekończący się potok słów. Tak jak co roku zima zaskakuje polskich drogowców, tak nas na Alasce (nie może być) zaskakuje deszcz na jakąś godzinę przed dotarciem do namiotu. Ale o 20 jesteśmy w końcu na miejscu. Plan wykonany – mieliśmy wyjść o 8 i wrócić o 20. Tak się stało. Nieważne, że cała wyprawa zajęła nam 36 godzin. Od tego czasu siedzimy po uszy w naturze. Nie ma weekendu – nie ma ludzi. Jedyni, którzy do nas zawitali – ojciec i syn, zostawili nam na sniadanie bajgle i poczęstowali domowym wyrobem – kiełbasą z łosia.
cdn....
No i coż - 3 dni temu przyszło nam w strugach deszczu pożegnać Rudy'ego i Jean. Mimo że proponowali nam żebyśmy zostali jeszcze dłużej, a Rudy na koniec zawiózł nas na pace do Jareda, żebyśmy posiedzieli może u niego, to dalsza droga wzywała.
Ogólnie do Parku można wjechać od 2 stron: Nabesna Road i MacCharty Road. W większości ludzie mieszkający przy Nabesna Road to 'snow birds' - w paździeniku/listopadzie opuszczają Alaskę i wracją do nieco cieplejszych stanów - Waszyngton, Idaho i in. Od Jareda mamy zaproszenie na grudzień/styczeń - on jako jeden z nielicznych mieszka na terenie parku przez cały rok. Nie jest to łatwe - wszystko pokryte śniegiem, temperatura spada nawet do -50 F a słońce wychodzi zaledwie na parę godzin w ciągu dnia.
Tak więc opusczając naszych znajomych z niemałą melancholią, za to wielkim zapasem jedzenia, który od nich dostaliśmy (kawa, migdały, płatki, ryż, mleko w proszu, ziemniaki w proszku, wojskowe racje żywnościowe....) cieszyliśmy się, że mimo deszczu możemy spokojnie pobyć w parku jeszcze kilka dni. Gdy dotarliśmy na miejsce noclegu okazało się, że nieopodal stoi zaparkowany mały van. Przemiły Pan X wraz ze swoją miniaturową pinczerką Missy musiał nas polubić, gdy patrzył jak na ognisku robimy sobie kawę i makaron, gdyż zaproponował, że następnego dnia zawiezie nas na drugą stronę Parku. Super!
| pan X i Missy |
Tak więc cały następny dzień upłynął nam w drodze. Łącznie jakieś 200 mil po żwirowych 'autostradach'. Dla pełni szczęścia jeszcze nowa paczka tytoniu i obiad w postaci amerykańskich hamburgerów postawiony nam przez Pana X, który okazał się pracować przy konstrukcji części do samoltów i wystawianiu znaków jakości ISO. Teraz będąc na emeryturze podrużuje sobie po stanach i chyba musiał stwierdzić, że zawiezienie nas do parku jest dobrą okazją zabicia czasu, podczas gdy czeka na wnuka, który ma do niego dołączyć.
Druga strona Parku jest zupełnie inna.
| wjazd do parku |
| góry |
| dla odmiany góry |
| i więcej gór w oddali |
Może bardziej malownicza ale i zatłoczona. Także po mile spędzonym wieczorze, grze w karty z Panem X i chwili szczęścia ze słońca, dziś postanowiliśmy pójść w dzicz. Dystans przebytych przez nas dziś 32kilometrów i 3 przekraczane strumienie, dały nam w kość, ale było warto. Żywej duszy, nieopodal Nuget Creek, w oddali cudowne góry i możliwość spędzenia tu kilku dni, a może nawet wyprawa na lodowiec. Morale są - obolali ale najedzeni, po kawie, herbacie, szynce i ciastku klonowym z racji armii USA oraz makaronie w sosie pomidorowym na kolację idziemy właśnie spać. Godzina 1:47 - niby w lesie ciemno, ale na horyzoncie wciąż jasno. Perspektywa niespotakania nikogo przez ładnych kilka dni, a za to prawdziwa natura i bezkresna przestrzeń działa pozytywnie...
| drewno |
| obóz przy nugget creek |
04.08
I minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. Po tym jak Pan X przewiózł nas na tę stronę parku mieliśmy tu spędzić tylko 2 noce, a dziś mija uch już 7... Siedzimy cały czas w tym samym miejscu (Nugget Creek), ale nie jak mogłoby się wydawać bezczynnie. Bo działo się sporo po drodze. Kto powie, że papierosy nie mają swoich dobrych stron – ten skłamie. Dla palacza to najlepsza motywacja, żeby nawet góry niemalże przenosić. I tak było tym razem. Jesteśmy w pięknym miejscu – cisza, spokój, natura. Możemy tu siedzieć póki nam się nie skończy jedzenie – baardzo długo.... Stop. Jednak nie. Jutro skończą się papierosy. Szybka decyzja – zejdziemy do najbliższej cywilizacji, kupimy tytoń i wtedy naprawdę można tu zostać. Plan wyglądał prosto: zostawiamy wszystko na górze, bierzemy tylko plecak, czołówki, waterproofy i schodzimy 18 mil w dół. Potem łąpiemy stopa, jedziemy jeszcze 15 mil żwirową drogą i robimy zakupy. Wracamy znów 15mil i 18 mil do góry. Proste – co to dla nas 36 mil na piechotę? Jednak w trakcie okazało się trochę inaczej... Faktycznie udało nam się zejść, złapać stopa i zrobić zakupy (tytoń, jeam beam, jedzenie i trochę rozpusty) ale gdy o 18:30 zaczęliśmy łapać stopa, okazało się, że nie ma szans żebyśmy przed 2 w nocy dotarli do namiotu. Więc przyszło nam nocować w Chitinie. Bez namiotu, bez śpiworów, bez ciepłych ubrań. Naszczęśćie miła Pani z budki z eggburitos podładowała nam laptopa a my zjedliśmy ciepły posiłek.
| pani z eggburitos |
Ale przyszedł wieczór i zrobiło się zimno. I wiatr. Naprawdę zimno. No nic, noc trzeba jakoś przetrwać – trzęsąc się na ławeczce i rozwiązując sudoku z gazety, przetrwaliśmy parę godzin. W pewnym momenice, w jeziorze za nami, dało się posłyszeć jakiś plusk. „A tam, pewnie bóbr, kaczka, albo inna cholera...A może i nie..?” Maciek wygląda i woła mnie szeptem. No faktycznie nie da się ukryć. Jak bardzo by się nam nie wydawało, że się nam wydaje, mamy przed sobą pierwszego na Alasce łosia. I to jak blisko! Wydaje się, że absolutnie w wieczornej kompieli nie przeszkadza mu fakt otaczającej go cywilizacji. To jest właśnie Alaska – niby cywilizacja, niby po drugiej stronie zabudowania, a jakieś 40m od nas: łoś.
| tak, to jest łoś. |
Dla samego widoku paru wieczornych łosich kąpieli warto było spędzić całą noc przy mikroognisku i dużym wietrze. Poza tym w końcu zobaczyliśmy alaskański zmierzch i świt. Teraz gdy dnia ubywa ciemno się robi już koło 24, chociaż takie ciemno to i tak dużo powiedziane, potem o 3 zaczyna się robić jasno-szarawo. I tak jest aż do 4, kiedy można powiedzieć, że zdecydowanie zaczyna świtać. Coś koło 5 to pora na ostatnią kąpiel łosia. Potem pojawiają się bobry, a nam zostały jeszcze tylko 4 godziny oczekiwania, żeby porozmawiać, skoro już tutaj jesteśmy, z rangerem, który swoją drogą zdziwił się niesamowicie, że przez prawie 3 tygodnie nie widzieliśmy żadnego misia. Po załatwieniu wszelkich spraw, zarezerwowaniu kabinki na 2 noce, która znajduje się po drugiej stronie strumienia niż nasz obóz, ruszamy znów w drogę. Stopa łapiemy szybko więc jest dobrze. Ale 18 mil, które mamy do przejścia, to jednak nie byle co. Gorąco, plecak ciąży, a przed wyjazdem tylko jedno z nas przyznało się do problemów z kolanem. W drodze trzeba rozmawiać, żeby ewentualny miś nie został przez nas zaskoczony. Czego my nie wymyślamy, co to zrobimy przez najbliższy tydzień! I jak w końcu uda nam się dotrzeć, jak będziemy się wylegiwać na słońcu. W drodze podziwiamy misie kupy na ziemi, które jakże urozmaicają naszą rozmowę i ożywiają debatę – czy widzieliśmy je wcześniej (są stare), czy to może nowość. Maciek po nieprzespaniu nocy jest zachwycony kojącym szumem fal, który zdaje się, że go otacza. Trudno powiedzieć, czy coś mu się przestawiło w głowie, czy chodzi mu o wydobywający się ze mnie, niekończący się potok słów. Tak jak co roku zima zaskakuje polskich drogowców, tak nas na Alasce (nie może być) zaskakuje deszcz na jakąś godzinę przed dotarciem do namiotu. Ale o 20 jesteśmy w końcu na miejscu. Plan wykonany – mieliśmy wyjść o 8 i wrócić o 20. Tak się stało. Nieważne, że cała wyprawa zajęła nam 36 godzin. Od tego czasu siedzimy po uszy w naturze. Nie ma weekendu – nie ma ludzi. Jedyni, którzy do nas zawitali – ojciec i syn, zostawili nam na sniadanie bajgle i poczęstowali domowym wyrobem – kiełbasą z łosia.
| Poranek w Chitinie |
| Tęcza przy naszym namiocie w górach |
| Świt |
cdn....
Kochani!
OdpowiedzUsuńPo pierwszym zdjęciu - ależ Maciek jest wychudzony, a Ty?
Co to jest Nugget Creek?
O, Maciek też ma problemy z kolanem? No to byliście bardzo odważni wybierając się we dwójkę w taką podróż!
A zdjęcia tych misich kup macie?
A zdjecia tej kiełbasy z łosia?
No i co z tymi zdjęciami, które miały być tylko dla tych o silnych nerwach. W dalszym ciągu przebieram nogami. Buziaki, M.S.
Co za frajda to czytać, chociaż równocześnie zazdrocha - trudno się zdecydować :) Bawcie się dobrze i więcej zdjęć z Wami !
OdpowiedzUsuńcałusy Marysia
PS
Asia, ale takiego stopa jak my rok temu w Gielądzie, to nie złapiecie :)
Cześć Kochani;
OdpowiedzUsuńtak sobie tu czasem zaglądam na wasz blog. Nawet go udostępniłam swoim znajomym na FB :-)
Jak wrócicie, to zapraszam do Raszyna na domowy obiadek (z prawdziwymi ziemniaczkami) ;-)
Jak pewnie wszyscy, czekam na tego misia wreszcie...
Mamusia Bartusia
Oj, weź się, mamo...
OdpowiedzUsuńhahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahaha!
OdpowiedzUsuń