... tak właśnie Jean (przyp. dla nieuważnych - żona tego Polaka, u którego kilka dni rozbiliśmy namiot) odpowiada ludziom pytającym ją na czym mogą upływać alaskańskie dni. I właśnie a co TY robisz cały dzień? Tu czas z jednej strony stoi w miejscu, z drugiej płynie bardzo szybko. Rano rozpalenie ogniska żeby zrobić kawę. Skręcenie papierosa. Znów ognisko na śniadanie. Drewno do ogniska trzeba popiłować, a przecież najpierw i ściąć. Znalezienie martwego iglaka i zaciągnięcie do ogniska to też czas i siła. Potem trochę kart i pora na obiadowe ognisko. Trzeba przynieść wodę ze strumienia, zbudować kuchenkę, osiągnąć odpowiednią temperaturę, zbilansować dietę i zjeść. A potem pozmywać kamieniami ze strumienia, znó przynieść wodę, wypić kawę (kolejny ogień) i... no właśnie. Nawet jeśli śpisz w kabince to i tak ognisko musi być żeby zjeść, kabinkę też trzeba nagrzać i czas mija. Nie można zapomnieć o czasochłonnym elemencie dnia jakim jest oglądanie nieba i snucie domysłów czy padać będzie za godzinę czy za dwie.. Czasem można pozwolić sobie na luksus gry w pokera i naleśniki..
 |
| naleśniki z ogniska |
 |
| kolacja, świeczki i poker :) |
 |
| domowy wyrób świeczek | | | | | | | |
|
|
Jak zwykle trochę się działo. Miała być miła notka o zwierzaczkach, ale zamiast będzie co innego. Postanowiliśmy znów zejść do cywilizacji - Chitiny jakieś 35mil od nas, dokupić trochę jedzenia i znów wyruszyć w głąb Parku. Jednak gdy przekroczyliśmy strumień, po 2 miłych dniach spędzonych w kabince (nie cieplej niż w namiocie, ale sucho) czekała na nas mała niespodzianka. Maciek mówi: "nie ma naszego namiotu". "No chyba żartujesz". Po chwili okazuje się, że namiot jest..ale jakoś tak dziwnie leży...pałąki połamane. No przecież chyba nie wiatr..Po bliższym oglądzie wszystko staje się jasne - namiot został zjedzony przez misia: śledzie wciaż są w ziemi, ale pałąki powyginane, a cały materiał porwany. W jednej karimacie wielka dziura od misiowego pazura. Ogarnia nas mały wk*** i żal bo brak namiotu równa się koniec podróży. No cóż i tak musimy w takim razie zejść do miasteczka, przespać się pod chmurką, kupić bilety na samolot i łapać stopa do anchorage. Ale jak zwykle szczęście się do nas uśmiecha. Gdy opowiadamy Pani w skelpie, kupując bochenek chleba i trochę jedzenia na noc, co nam się przytrafiło, Pani mówi, że jak to uzgodni z mężem może nas przygarnąć na noc. I w ten sposób jesteśmy u Phila u Julie, którzy są tak gościnni jak wszyscy Alaskańczycy. Julie pracuje w sklepie i na poczcie, Phil robi jakieś pomiary wodne. Żyją w niskim domko-baraku z mnóstwem rupieci, 4 psami, 3 kotami, piecem na drewno, ale i oczywiście wielkim telewizorem - co można robić gdy w zimie jest -40 i jasno tylko przez kilka godzin? I znów uratowani :)
 |
| synowa, wnuk, julie, syn(inny), babcia, phil |
 |
| wnuk |
Dowiadujemy się jeszcze, że mięso misia żywiącego się rybami smakuje zgnile, a tego jagodami jest pyszne i lekko słodkawe. Obserwujemy jak mijają weekendowie dnie - w ciągu dnia telewizja, przejażdżka do Kenny Lake żeby wziąć benzynę (przy okazji my oglądamy okolicę - lądowanie małych samolocików, widoki, wodospady, miejscowa cywilizacja) a wieczorem rodzinny grill.
 |
| cywilizacja - kenny lake |
 |
| droga do chitny |
 |
| okolice chitiny |
 |
| cywilizacja II |
 |
| lądowanie samolotu |
 |
| duuuuży sklep |
Rodzina w składzie: Julie, Phil, Babcia, siostra, 2 dzieci (w tym adoptowany eskimos), córeczka siostry, syn z żoną, z dzieckiem i z psem i sądsiad. Po obiedzie znów telewizja, a przy dziecięcych huśtwakach, 2 rodzaje whiskey z gwinta.
Jako że jesteśmy w 1 kawałku to najpierw napiszemy o naszych zwierzęcych przygodach. Jeszcze w lesie, stoimy sobie przy ognisku, gdy w pewnym momencie Maciek wydaje rozkaz: "Natychmiast do środka!" Niewiele myśląc wskakuję. On za mną. Okazuje się że co? Widział czarnego misia. I to nie gdzieś w oddali. Ale galopującego jakieś 10metrów od nas. Ja misia nie widziałam, ale cóż - mały strach jest. Palimy przecież ognisko, zachowujemy się głośno, a miś i tak się napatoczył... No nic. Żywi, więc nie ma się czym przejmować. Tego samego dnia wieczorem siedzimy, gdy nagle za plecami Maciek słyszy hałas. Nie zdążyłam mu powiedzieć żeby się nie przejmował - już był gotowy skoczyć bestii do oczu, gdy ta okazała się...zwykłym jeżozwierzem. :) Jest to takie brzydkie nieporadne i nieforemne. Chodzi w sumie wolno, niezbyt wygląda żeby się czymś przejmowało i zwykle mieszka na drzewie. A hałasu robi tyle co niemiara! Zdjęć niestety nie ma, bo gdy jest już zmierzch raczej trzyma się przy sobie nóż i gaz, a nie aparat. Ale następnym razem będzie gnat i aparat :P Kilka chwil później kolejne spotkanie - jakieś 20 m od nas, widzimy, tym razem oboje, kolejnego misia. Chyba grizzly i chyba młody. Stoi sobie i wcina czerwone jagódki z krzaczków, które chwilami są jego wzrostu. No nic. Stres trochę jest ale jesteśmy bezpieczni. W sumie po krótkim czasie i mrożącym krew w żyły wieczornym wyjściu żeby podlać drzewka, idziemy spać. A rano - znó to samo. W tym samym miejscu, z takim samym stoickim spokojem stoi i je kolejny miś. Obserwujemy go jakieś 20 minut, po których odchodzi w tylko sobie znanym kierunku. Jako, że zdjęć nie ma to możemy co najwyżej pokazać jak wygląda ślad misiej łapy:

Po tych to właśnie miłych spotkaniach, następnego dnia postanowiliśmy zejść na dół, żeby móc posiedzieć jeszcze w dziczy i spotkała nas jakże przemiła niespodzianka, w postaci zejścia przymusowego. Jako odpowiedzialni turyści powiedzieliśmy Rangerowi o naszych i naszego namiotu spotkaniach ze zwierzyną. No. To chociaż misie mamy przynajmniej z głowy. Nic bardziej mylnego.
Siedzimy sobie spokojnie u Julie i Phila spędzając dni w typowo małomiasteczkowy alaskański sposób. Bezpieczni bo w cywilizacji. Doprawdy? Gdy wychodzimy się przejść Phil prosi nas żebyśmy byli ostrożni bo po centrum (ciekawe, że w Chitnie, która wielkością nie przekracza ronda ONZ w Warszawie, jest strzałka kierująca do centrum) panoszy się łoś.
I tu Was zaskoczymy - o łosiu wspomnieliśmy, ale akurat wtedy żadnej zwierzęcej przygody nie mieliśmy. Pojechaliśmy więc do Kenny Lake - miejscowości tak samo małej jak Chitna lecz nie ukształtowanej na wzór litery "T", a rozciągającej się równo wzdłuż drogi. Gdy po zatankowaniu i pokazaniu nam okolicy zaczynamy sobie spokojnie wracać Julie dostaje telefon od swojego syna. Rozmowa wygląda mniejwięcej tak:
Syn: Hej, gdzie jesteście? Muszę do Was podrzucić dzieci
Julie: Wracamy z Kenny Lake, będziemy za jakąś godzinę, a co się stało?
S: Nic. Po prostu zabiłem niedźwiedzia i muszę gdzieś podrzucić dzieci, jak będziemy go oprawiać.
J: Dobrze, to podrzuć je do nas - w domu jest babcia. Przyjedziemy obejrzeć tego niedźwiedzia. Gdzie go zabiłeś?
S: A tuż przy jeziorze. Koło pola namiotowego i drogi w kierunku centrum.
25 minut i wywód Phila o tym, że ma nadzieje że jest to berrybear (jagodowy miś) później jesteśmy na miejscu. Przedzierając się przez wysokie jeżyny i inne smakowite, tak dla misi jak i ludzi, krzaki docieramy do strumyczka. A tam stoi sobie 3 ludzi - Syn z żoną i kumplem. Obok stoi sobie karabin, puszka piwa, kilka noży kuchennych i ściereczka do naczyń. W strumyczku leży coś przypominającego w pierwszej chwili wielki kudłaty worek ziemniaków. I w ten sposób po raz pierwszy widzimy z bliska niedźwiedzia. Jest to czarny niedźwiedź. Gatunek, który ostatnimi czasy uważa się za groźniejszy od niedźwiedzi brunatnych i grizzly.
Julie i Phil po wypaleniu papierosa zwycięstwa i upewnieniu się, że miś będzie smaczny wracają do domu, a my zostajemy aby obserwować. Po odwróceniu go, worek ziemniaków faktycznie wygląda jak niedźwiedź.
 |
| rodzinne zdjęcie |
Jest to bardzo dziwne uczucie patrzyć na coś takiego z bliska. Z jednej strony patrzysz na majestatyczne zwierze - duże, spokojne, o wielkich kłach i pazurach, które budzą respekt nawet jeśli wiesz, że są już tylko częścią czegoś, co niedługo będzie stanowiło 70 obiadów dla 3 osobowej rodziny. Z drugiej strony widzisz jak to samo zwierze, mające jeszcze wilgotny nosek i wystający z pyska język jest z wprawą i obojętnością towarzyszącą czynnościom dnia codziennego oprawiane - Cała skóra jest rozcinana, razem z poduszkami i pazurami zdejmowana z łap. Odcinana przy żebrach. Odcinany ogonek. Żebra przecinane. Serce i wielkie wnętrzności wyrzucane do strumienia jak obierki po ziemniakach. Skóra zdejmowana z głowy. Z nosem i uszami. Tak żeby już w gołej, pokrytej mięsem czaszce widać było parę świecących ciemnych oczu.

Potem mięso, bo ten widok trudno nazwać już niedźwiedziem, jest dzielone na kawałki. Skóra oddzielnie. Głowa i przednie łapy oddzielnie. Tylne łapy oddzielnie. Tułów oddzielnie. Wszystko do czarnych worków na śmieci i ładowane do samochodu. A jeszcze chwilę temu dotykałam futra niedźwiedziego, które było twarde i ciepłe, a sam niedźwiedź pod nim mięsisty.
A jak to się stało? Justin, czyli syn P&J, wraz z żoną jechał drogą gdy w krzewach zobaczył jedzącego jagody niedźwiedzia. Jego żona od razu wyciągnęła broń i strzeliła. Następnie zadzwonili do kumpla i gdy ten przyjechał z karabinem weszli w krzewy, aby dobić uciekającego zwierza. Po kolejnym strzale zwierze było już martwe. A co zrobiło, że w ogóle zwróciło na siebie uwagę? Chwilę wcześniej dobrało się do stojącego przy drodze śmietnika.
Ej, a nie chcecie kupić namiotu i wrócić?
OdpowiedzUsuńSzkoda tak długiej wyprawy i planów żeby skończyło się tak szybko:)
Całe szczęście, że nie było Was w tym zeżartym przez niedźwiedzia namiocie! A przy okazji chyba bym zeszła gdybym wcześniej o tym wiedziała!!! Teraz już wszystko rozumiem, że to nie sprawa dolegających kolan. Najważniejsze, że jesteście w jednym kawałku. A obrany miś jest obrzydliwy!!!
OdpowiedzUsuńA człowiek w sumie okropny!!! Chociaż w sumie też jest zwierzęciem i rozumiem, że zabija żeby jeść!
Buziaki,
M.S.
Jeszcze tylko dodam, ze bardzo ładne są zdjęcia krajobrazów. To zdjęcie okolic Chitiny bardzo mi się podoba. M.S.
OdpowiedzUsuń---Alaska = The Vegetarian State ! .....
OdpowiedzUsuńisnt it a DREAM ?
ps some people will go to hell faster than others ---and this poor "Mis " will watch them on tv....
---szkoda , ze mieszkancy Alaski , ---mieszkajacy " u misiow " jako goscie , tak paskudnie postepuja z gospodarzami .....i to w parku narodowym prawie....
OdpowiedzUsuń----a sklep jest . I sprzedaje whisky .....to pewnie sprzedaje " corned beef " ??? i sardynki ?
----szkoda , szkoda ,szkoda misia
ER
Aśka - czytając wasze opowieści, uważam, macie olbrzymie szczęście, że żyjecie! Strasznie nieodpowiedzialnie się zachowujecie w niektórych sytuacjach... Mam nadzieje, że nic wam sie nie stanie.
OdpowiedzUsuń@Jaromirro : Jarku, dlaczego nieodpowiedzialnie? Mówiąc szczerze uważam że zachowywaliśmy się bardzo odpowiedzialnie - tylko raz nie zbyt - wtedy kiedy zeszliśmy do cywilizacji bez 'niczego ciepłego" - mogło było by nam być zimno. Ale nie było, a na Alasce ludzie nie pozwolą Ci zginąć.
OdpowiedzUsuńAle skoro nie odpowiedzialnie, to podziel się wiedzą, może nauczymy się dzięki Twoim radom - doświadczonego podróżnika. No chyba, że nam źle życzysz i nic nie powiesz ;p
Dlaczego zostawiliście nieużywany, rozstawiony namiot na pastwę natury? Nie lepiej było go złożć (kilka minut) i przechowywać choćby na drzewie lub w kabinie (w której to nocowaliście)?
OdpowiedzUsuńMacie zdjęcia tej lub innej kabiny? Co to jest, jak to wygląda? Jakie tam jest ogrzewanie?
Pozdrawiam i zdrowia życzę, z takim szczęściem tylko zdrowia Wam potrzeba ;)
Zostawiliśmy namiot rozstawiony, bo w każdej chwili mógł (teoretycznie) przyjść ktoś inny, kto miałby prawo nocować w "chatce" i nas z niej wyrzucić np. o godzinie 23ej kiedy by już zmierzchało i zapewne lało, więc łatwiej byłoby przetransportować się do namiotu ze wszystkimi rzeczami, kiedy on sam był już rozstawiony. Poza tym padało długo więc mieliśmy nadzieję, że może a nóż wyschnie, a co więcej natura nieskażona niewłaściwym zachowaniem człowieka nie powinna nic naszemu namiotowi zrobić.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o zdjęcia kabinki to są - w tym wpisie widać stół ;) a zdjęć kabinki faktycznie nie umieściliśmy, ale jak kogoś to interesuje (dlatego fajnie się podpisywać) możemy wysłać.
Ogrzewanie - piecyk na drewno
dlaczego to zrobiliście? ohydne!
OdpowiedzUsuń