niedziela, 24 lipca 2011

Autostopem przez Alaskę czyli Eskimosi, bezkresne autostrady i MTF oraz Rudy Gray

!!! ZDJĘCIA JUŻ SĄ!!!
Teraz (21.05; 09.07.11) siedzimy/leżymy sobie już po obiedzie, przy rozstawionym namiocie i rozpalonym ognisku. Jedzenie wisi na brzozie w bezpiecznej odległości przy ognisku obiadowym. W oddali odgłos rzeki i drogi. W ręku skręcony papieros. W tle Bob Dylan. Dookoła komary i góry. Słowem Wrangell St. Elias National Park. Inny świat. Trochę strachu przed misiami jest, ale nie aż tak  wiele. A jak się tu znaleźliśmy?
Wczoraj godzina 10 jestesmy gotowi wyruszyć z naszego hostelu. Nie bardzo mamy plan jak łapać stopa na autostradzie, zwłaszcza zaczynającej się w środku miasta, ale jakoś to będzie. Nasze odwieczne motto "mamy czas". Jeszcze przed wyjściem zatrzymuje nas Jennifer - daje swój numer telefonu "gdyby coś" i robi nam kartkę do łapania stopa "we need a ride to glennallen". Ok, gotowi idziemy na przystanek żeby złapać autobus na autostradę. Zamiast autobusu, trzymając nieśmiało naszą stopową karteczkę łapiemy Ellie, która proponuje nam podwózkę do Eagle River (10mil ale już po za miastem). Jest dobrze. Na stacji benzynowej w Eagle River łapiemy po chwili faceta, który zawozi nas do Palmer (kolejne 30mil).
po amerykańsku

Daje nam swoją wizytówkę z numerem telefonu "gdyby coś" i opowiada o okolicy. Potem kolejnych kilka mil z jakąś kobietą i pośród niczego łapiemy Tima, który zawozi nas ponad 120mil do Glennallen.
Po drodze wspaniałe widoki i genialny ale to genialny lodowiec.
lodowiec

Droga jak marzenie. Glennallen to też takie miasto (?) pośród niczego i w sumie z niczym oprócz stacji benzynowej i Visitors Center, w którym nie ma nic. Potem kawałek z Eskimosem, jego dziećmi i psem, który zwozi nas z autostrady i wwozi na Tok Cutoff - czyli drogę do naszego parku. Słowem wszystko nam teraz pasuje. Szkoda tylko, że samochodów przejeżdża max 10 na godzinę, a ich autostrady nie różnią się niczym od ich dróg lokalnych i mają 1 pas w 1 sronę a z lewej i z prawiej las albo podmokłe tereny. Koło 20, gy już wybraliśmy sobie miejsce na nocleg przy drodze, Maciek siedzi rozciągnięty na asfalcie z kapeluszem na oczach
łapanie stopa pośród nikąd
a tylko ja łapię już bardziej od niechcenia stopa zatrzymuje się samochód. W środku dwie Eskimoski.  Dokąd? No więc  mówię, że do Parku (zostało nam jeszcze jakieś 60mil). Dobra podwieziemy Was. Ładujemy się do środka, z plecakami na kolanach. Okazuje się, że myślały, że sama łapię stopa. Ale i tak nas wezmą. W środku radosna atmosfera. "Rolling in the deep". Susan, która prowadzi radośnie tłumaczy nam, że dziś piątek i trzeba się bawić - otwiera piwo. My też dostajemy. Wtedy przypomina nam się, że ktoś mówił, żeby nie jeździć z "rdzennymi Alaskańczykami" bo są pijani. Ale to nie koniec. Podwozimy gdzieś tam drugą kobietę, a sami jedziemy dalej. Po drodze zajeżdzamy odebrać jakiegoś faceta. W między czasie innemu Eskimosowi Susann daje 2 skręty. Do nas wsiada baaardzo stary Eskimos i od razu razem z naszą wyluzowaną Eskimoską (już po 2 piwach) zaczynają palić skręty. Nas też częśtują, ale oczywiście grzecznie odmawiamy. Co prawda jedziemy przy zamknietych szybach więc zapach jest wszędzie. W tle wciaż dobra muzyka (Dog days are over) za oknem widoki coraz lepsze. Po chwili kolejny przystanek. Susann musi zmienić buty. Wychodząc z domu daje nam słoik konfitur jagodowo-bananonych (stwierdziliśmy, ze najlepszym miejscem dla takiego wabika na misie będzie rzeka, może zjemy go pojutrze na śniadanie). Po drodze dowiadujemy się jeszcze, że marichuana pochodzi w Stanach z 2 miejsc - z Kaliforni i z Alaski. A tutejszy "staff' nazywa się MTF - Matuska Thunder Fuck. I że póki nie spróbujemy nie możemy wyjechać z Alaski. Czyli jak na razie nie możemy ;). Puszkę piwa i 2skręty później jesteśmy w Parku. Po drodze z głośników poleciało jeszcze "Johnny be good" i Canned Heat. W Parku zatrzymujemy się nagle po środku drogi, bo Susan nie może jechać bez muzyki, a skońćzyła się płyta. W końcu koło 22 dojeżdżamy na 6 milę drogi gdzie jest małe miejsce na ognisko i namiot. No to w końcu jesteśmy. Namiot, ognisko, jedzenie na drzewo, małe, no może ciut większe, przerażenie w między czasie, bo słyszeliśmy dziwne burczenie z drugiej strony drogi w lesie, i spać po północy. Rano pobudka o 10, jajecznica i musimy się cofnąć 6 mil, bo nie pogadaliśmy z Rangerem. Niby w Parku mieliśmy chodzić, ale jako, że niecały skład naszej drużyny jest w pełni sił (enigmatycznie powiem tylko, że odradzamy trzymanie niezabezpieczonego gazu w kieszeni i sznurowanie butów) próbujemy złapać stopa. Udaje nam się na ostatnie 2 mile - razem z plecakami sziedzimy na pace. Wiatr i ośnieżone góry. U Rangera nic ciekawego. Przemiła puszysta Pani zdziwiona, że przyjechaliśmy z Polski specjalnie tu i że mamy tyle informacji o Parku. Nie dowadujemy się od niej niczego, oprócz tego, że trasy które wybraliśmy są w porządku, niby krótkie, ale bez problemu można je przemienić w kilkudniowe, mapy nie potrzebujemy bo szlak widać, a jak nie to poprostu trzeba piąć się pod górę. A jak szlak się kończy to można łazić po górach i też bez problemu. Nasza mapa starczy. Ale mamy też niezłe mapy na komputerze więc oszczędzamy baterię. Robimy w tył zwrot, po drodze kupujemy puszkę Coli i dziś rozbijamy się za rzeką na 1.7 mili. Jutro z powrotem nocleg na 6 mili. Siedzimy po obiedzie przy rozstawionym namiocie i rozpalonym ognisku...
10.07.2011 godz 21.38
I dziś znów na 6 mili - prawie jak w domu. Rano było śniadanie i wpaniałe góry, a potem w drogę - tym razem już bez łapania stopa. Docieramy do naszego noclegu a chwilę po nas zajeżdża pickup. W środku gruby facet i pies bez jednej nogi. Okazuje się, że zaraz zjadą się tu ludzie i będą robić barbecue. Z jednej strony kiepsko - będzie hałas, niewiadomo co, zapach mięsa na misia, ale z drugiej strony - kto wie? może nas poczęstują?:) A może i nie...bo okazuje się, że facet siedzi jeszcze chwilę w samochodzie, pies radośnie znaczy drzewka w okolicy, po czym słyszymy "have a good evening" i facet odjeżdża. Żadni ludzie się nie pojawili. Barbecue nie zrobili ani piwem nie poczęstowali. Natomiast my dziś zaszaleliśmy bo oprócz opakowania ryżu po hiszpańsku, była na obiad jeszcze zupka chińska prosto z Polski. Miały też być rybki, ale po tym jak 3 razy ryba była już w ręku a potem znów uciekała do rzeki i  żadna nie chciała przypłynąć zrezygnowaliśmy. Mamy jeszcze czas na ryby. ;) Zamiast ryb była lodowata kąpiel w strumieniu, mycie głowy i pranie. Nawet dezodorant poszedł w ruch :P. Jutro przed nami 10,5 mili do kolejnego obozowiska. Kilka godzin się zejdzie, chyba że złapiemy stopa. Może z zimnym piwem....
nasz obóz

11.07.2011 godz 20.24
Rano wszystko jak zwykle oprócz ptaka. W sumie PTAKA - wielki, piękny, tuż nad nami. Niemal czuć wiatr spod jego skrzydeł. Masywny dziób, wielkie skrzydła, niemniejszy tułów. To było naprawdę coś.
Godzina 12wygrzebujemy się z naszej 6 mili. Idziemy. Ciężko i gorąco. Ale stopa dziś raczej nie będzie - zanim się zebraliśmy przejechało z 10 samochodów - to znaczy, że dzienna dawka wyczerpana. Ale po jakiejś pół mili słychać samochód. No dobra, to na niego machniemy, pewnie i tak się nie zatrzyma. Ku naszemu zdziwieniu zatrzymuje się pickup z quadem na pace, i jakimś Panem ze znaczkiem Ochrony Parku za kierownicą. Mówię mu, że my byśmy poprosili na 15 milę. Nie bardzo rozumiem, co odpowiada, ale mówi coś o 8m. I patrzy. No więc ja też na niego patrzę - oczy spaniela i tłumaczę, że my sobie usiądziemy na pace. No dobra to wsiadajcie. Miejsca mało, bo jedziemy z quadem - plecaki w sumie w środku w pace, my na poręczy. Pan trochę jedzie, jakby nie ogarnął, że ma na tyle żywy towar więc skaczemy w górę i w dół, przechylamy się na zakrętach, a przy trochę mniejszym wietrze krzyczymy do siebie i próbujemy dojść czy panu chodziło o to, że zawiezie nas na 8 milę, czy czy że od 6 do 15 jest 8 mil. Ale mile mijają, a my jedziemy dalej. Zatrzymujemy się w końcu dokładnie przy znaczniku 15 mili. Wysiadamy, ładnie dziękujemy, patrzymy - a Pan zawraca. Miło :) W ten sposób o godzinie 12.15 jesteśmy prawie u celu. Idziemy sobie kawałek (mieliśmy dotrzeć do mili 16.6) a po bokach góry. Nawet nie ma sensu pisać co widzimy, bo to i tak niczego nie odda. Po lewej jedno kamienisto-piaskowe pasmo, po prawej w oddali ośnieżone. Docieramy do miejsca noclegowego. Małe i kamieniste, ale jest stół piknikowy. Wdrapujemy się na blat i to jest widok: las, jezioro, a na szczytach gór śnieg migoczący w słońcu. Cały koszt wyjazdu zwraca się w tym krótkim momencie. Stwierdzamy, że zostawimy plecaki i przejdziemy jeszcze milę zobaczyć co kryje się za sformuowaniem "toilet 1 mile". Dochodzimy. A tu mały czysty domeczek będący toaletą, miejce na ognisko i stół piknikowy. Widok z blatu - kolejne jezioro, jakby polana i znów bezkres gór. Szybka decyzja - wracamy po plecaki i dziś tu śpimy - więcej miejsca, a jutro będzie bliżej na szlak (mila 19.2 - tak tak - już jutro zaczyna się prawdziwe chodzenie). Wracając do naszego miejsca na nocleg spotykamy Rangera za kółkiem. Zatrzymuje się, zagaduje czy całą drogę idziemy pieszo, jak wszyscy dziwi się że przyjechaliśmy z Polski. Upewnia nas, że na tamtym szlaku możemy sobie zjeść i jest miejsce do rozbicia namiotu. Docieramy do noclegowiska No więc standard - ognisko, obiad, herbatka, zskręcony papierosek. Tylko jeszcze w międzyczasie Maciek zapomniał naszego małego kabelka od baterii słonecznej z ostatniego postoju, więc dla sportu zrobił dodatkowe 2 mile ;) Było mu bardzo ciężko i było to bardzo wielkie poświęcenie za które będę mu dozgonnie wdzięczna.
 Pod wieczór drogą mija nas rowerzysta, który przysiada się na chwilę. Mark też dziwi się, że jesteśmy z Polski, podziwia jak mamy szczegółową mapę, opowiada o kilku miejscach, gdzie możemy się jeszcze udać, skoro podróżujemy w ten sposób. Mark chce dziś dojechać do końca drogi, zobaczyć co tam jest i iść spać. Więc się żegnamy. Po chwili wraca po swój papierek, którego zapomniał i jeszcze na odchodne pokazuje nam swoje zabezpieczenie na misia - smith and wesson (słówem bardzo wielki pistolet). Potem już zero ruchu. Ogień, cicho brzęczące bąki w kwiatach. Góry i wiatr. I pośród tego wszystkiego my.

12.07
Wspaniałe śniadanie - litr mleka, płatki, kawa i prawdziwy papieros. Następnie udajemy się na szlak. Akurat teraz kiedy już naprawdę idziemy, pada. A nawet leje. Do okoła las. Robimy postój nad strumieniem. Zimno ale jest woda. Bardzo leje. Przekraczamy 2 razy strumień. Na końcu szlaku docieramy do małej "cabin". Myślimy "będzie ktoś? Nie będzie?" Szczęście! Nie ma nikogo. Wchodzimy w środku mały stół, na stole zeszyt do wpisów. Dwa łóżka (zbite drewno) i piec! Pozwalamy sobie na duży obiad - nie dość że 1 liofilizat to jeszcze paczka ziemniaków. Pychaaa.
13.07
Dalej kiepska pogoda. Pada.
to się nazywa widoczność...

Zostawiamy jeden plecak w chatce i idziemy na lekko w góry. Widoki oszałamiające.  I chmury. Zwierząt brak - tylko ich ślady.





Mamy plan na następne 3 dni - jeśli dopisze pogoda będzie bosko, jeśli nie - genialnie ;). Nigdzie nie ma nikogo. Pierwsze dzikie zwierze i to z bliskiej odległości - naziemna wiewiórka, tóż przy nas :)
o 22 następuje zmiana planów. Do chatki dociera 2 turystów z psem. Mieli umówioną chatkę z rangerem. No cóż. Mimo że leje, pakujemy się w ciągu 10 minut i rozstawiamy namiot.
wiewiórka ziemna

14.07.
Dziś mieliśmy iść na ciężko na 3 w góry. Ale wczorajsi turyści mówią, że mieli chatkę umówioną na 2 dni, a w sumie jednak już się zbierają i w związku z tym nikt dziś do chatki nie przyjdzie. Szybka decyzja - znów zostawiamy jeden plecak w chatce i idziemy na lekko w góry. W ten sposób w 5 godzin zaliczyliśmy to co mieliśmy zamiar zaliczyć w 2 dni :) Góry wysokie, dostojne. Naprawdę wspaniałe. I satysfakcja ze stania na szczycie. A tam nagroda - kawa zagotowana na kuchence, prawdziwy papieros i suszona wołowina. Obserwujemy kamienne zwierzaczki - trudno powiedzieć co to dokładnie bo małe i zlewa się kolorem z kamieniami, ale takie gryzonie, co strasznie szybko biegają i wydają śmieszne dzwięki. Potem znów na dół. Herbata i miara męstwa czyli całościowe mycie w lodowatym strumieniu. Oprócz tego zajęcia dnia codziennego - zrobić ogień, przepiłować drewno, przynieść wodę ze strumienia, policzyć jedzenie (mamy jeszcze na 11 dni), policzyć kalorie (około 1000 na osobę na dzień. no może trochę mniej...). Pograć w karty. Zaplanować następny dzień. Oczyścić wodę. I tak mija już 7 dzień.

15.07.
Dotarliśmy do 35 mili. Widzieliśmy bobra. Nawet to mają tutaj tak wielkie, że aż miło. I wczoraj pozwoliliśmy sobie na mały luksus - puszka coli i puszka piwa. Leje wieczorem.
jaki jest bóbr każdy widzi


16.07.
Luksus śniadanie - 2 kawy i litr mleka. Dotarliśmy do 42 mili - koniec drogi. Na końcu kilka samochodów, kilka samolotów i kilka domów przyozdobionych porożami.
scena jak ze stalkera itp. zaraz gdzieś wyjdzie zombie ;)

1 stara Pani. Za drogą dwa szlaki - jeden do Nabesny, ale to teren prywatny na którym znajduje się wciąż prywatna kopalnia złota jeszcze z 1925 roku. Kopalnia pracowała do 1945 kiedy na koniec wojny trzeba było ją zamknąć (?) Do 1945 toku wydobyto w niej 73000 tony złota o wartości 1.870.000$, Wydobywano także srebro.
kopalnia nieopodal Nabesny

Drugi bardzo stromy szlak prowadzi do opuszczonej Rambler Mine - obszaru używanego jeszcze po II Wojnie, który teraz należy do Parku.
Oprócz tego poznaliśmy małżeństwo z Anchorage z 2 dzieci i w drodze powrotnej mamy do nich wpaść. Mamy zaproszenie na nocleg w garażu, na podwózkę na lotnisko i na...łosia :)
17.06.
Dziś dzień jak codzień. 7 mil wstecz żeby jutro wejść na wygasły wulkan. Z nowości. Mamy pierwszy kryzys. A w sumie to nawet nie my a nasze orgsnizmy...Rano ból łydek, stóp, pleców. Ruchy jak w smole. Mroczki w oczach od zbyt szybkiego wstawania. A przed nami jeszcze 9 dni, nowe zapasy i powtórka. Po dotarciu do miejsca noclegu planowaliśmy napadać na turystów, zabijać ich, kraść im jedzenie a potem pozorować, że to misie. Siedzieliśmy też i nasłuchiwaliśmy czy słyszymy wilka, czy niedźwiedzia i co łatwiej będzie gonić z kłodą, żeby zjeść...
A skoro nic ciekawego (w każdym razie do opisywania) się nie działo, to dla tych co by chcieli jechać na Alaskę, albo w inne zamisione tereny, instrukcja j a k   p o s t ę p o w a ć   z  m i s i e m
1. Jeśli widzisz misia a on Ciebie nie - pozostań niezauważony. Postaraj się go obejść i wybrać inną, alternatywną, nawet jeśli dłuższą trasę.
2. Nie pozwól sobie na to żeby misia zaskoczyć - jeśli przedzierasz się przez gęste zarośla, miej ze sobą bear bell (odsyłamy do wcześniejszych notek), a przedewszystkim używaj swojego głosu - mów do siebie albo rozmawiaj.
3. Jeśli widzisz misiowe ślady - łapy, odchody, dużo kruków, zmień trasę.
4. Jeśli już miś i Ty się widzicie: Nie uciekaj.
5. Zachowaj spokój, machaj rękami, mów do niego niskim głosem
6. Jeśli miś Cię zaatakuje udawaj martwego
7. Jeśli nic do punktu 6 nie pomoże, no cóż... :-)

A z pozytywów i osiągnięć, mimo 5 dni deszczu Maćkowi, dzięki szkoleniu Pawła Supernata (http://survivaltech.pl/) , udało się rozpalić ogień :) Bez pomocy jakich kolwiek "ułatwiaczy". I mimo wielkiego zmęczenia, też idziemy dalej. Ale jak to zrobić nie zdradzimy, tylko zapraszamy na szkolenie do Pawła ;)
20.07.
zycie potrafi przyniesc wiele zasoczenia i radosci. duzo sie zdazylo odostatniego wpisu. Zdobylismy wygasly wulkan - skookoon vulcano.
baza nieopodal wulkanu
ciężka droga na szczyt
dall sheep


na początku jak zwykle ładnie, bez deszczu i łatwo - tylko przeprawa przez strumień ;)

ze wspanialymi widokami. w koncu byl jeden (pół) dzien bez deszczu. Góry boskie. Noc na szczycie wzgórza. kiepsko to widac na zdjeciach, ale na okolicznych wzgórzach dall sheep. Noc z przezyciami - dziko, namiot na wzgórzu, stromo. pod namiotem doły i kamienie. w nocy deszcz - ulewa (!) i wiatr. W sumie wichura. Rano zamiost wcześniejszego planu włóczenia się po szczytach zejście na dół, bo chmury niemalże pokryły i tak już mokry namiot. Podczas zejścia całkiem mały strumyk, któty trzeba było przekraczać w paru miejscach, stał się całkiem rwący. śliskie kamienie. Dotarliśmy spowrotem na 35 milę koło 16. A tu mimo deszczu radość - pod stołem piknikowym znależliśmy pół 400gramowego opakowania parmezanu - to była wyżerka! Szybka decyzja - skoro tak leje to przejdźmy jeszcze do kolejnego miejsca "piknikowego".po drodze łabędzie i orzeł i amerykański. Łączny bilans dnia - 12 mil i po drodze do przekraczania jeszcze 3 rzeko/strumienie w tym jeden do kolan. Pod koniec dnia mokrzy i zziębnięci, ale już na 28 mili, szczęśliwi z parmezanowego znaleziska i po litrze gorącej herbaty o północy szczęśliwie kładący się spać, może i przy drodze, ale i przy pięknym jeziorze i śpiący na płaskim terenie. Poza tym patrząc po chmurach z niezłymi perspektywami na słoneczny następny dzień.
No i mamy dziś. A dziś działo się sporo. Teraz siedzimy grając w pokera, nad brzegiem jeziora, ze ściągniętym przepisem na pierogi z grzybami, po połowie butelki wina/2 piwach, grand manier i pysznym łososiu. A jak to się wszystko stało?
24.07
No tak, od takiego siedzenia w miejscu i blog poszedł w zaniedbanie a dużo jest do opisywania :)
Tak jak pisaliśmy zdarzyło się nam małe-duże szczęście. Siedząc rano przy małej jajecznicy z proszku na 28 mili poznaliśmy starszego miłego Pana - Rudy Gray, który w rzeczywistości okazał się być Polakiem (Adolf Grzebieniak), urodzonym w Kanadzie, który od wielu lat mieszka na Alasce ze swoją żoną Jean.
Rudy & Jean

Dokładniej oni sami nazywają siebie "snow birds" - śnieżne ptaki, ponieważ na Alasce siedzą do Końca wrześna, pażdziernika, a na zimę wracają do Waszyngtonu.
Gdy teraz u nich siedzimy karmią nas to curry, to domową pizzą, to pysznymi małymi naleśniczkami na śniadanie. Ja pomagałam Panu przetłumaczyć jego historię rodzinną, którą pisał po angielsku, Maciek pracuje jako drwal, ładuje drewno, tnie je itp itd :)
nauka łowienia ryb

współpraca....

...i samodzielne zarzucanie
...a czasem ostra walka z rywalem z wody...

...i radość dla innych z trzymania ryby
 
Pływamy canoo po jeziorze, siedzimy w naszym namiocie rozstawionym nad brzegiem jeziora (ale gdzie dokładnie jest ten mały raj nie zdradzimy :P), gramy z nimi w karty. I tak mija czas. Ale niedługo na nas pora ruszać w dalszą drogę. Zwłaszcza, że dostaliśmy od nich jeszcze mnóstwo "żarcia podróżnego"
A co dalej zobaczymy! Może Fairbanks.

5 komentarzy:

  1. Witam ! Świetnie sobie radzicie !!! Podziwiam Was. Z opisu wnoszę, że jesteście nie tylko zadowoleni, ale też szczęśliwi.Uważajcie na siebie. Wspaniała dewiza "mamy czas" - tego się trzymajcie. Korzystajcie w pełni z każdego dnia. Poza tym te doświadczenia,które zdobywacie - to wielki kapitał na następne wyprawy.
    Pozdrawiam i całuję - Ba.Bc. i A.

    OdpowiedzUsuń
  2. No coraz lepiej idzie pisanie. Zazdroszczę, ale śledzę dalej z wypiekami na twarzy (:

    OdpowiedzUsuń
  3. Uciekać mi z tej drogi asfaltowej w góry ! Asfalt to sobie tutaj na miejscu można pooglądać.
    I dawać zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
  4. I pamiętajcie o ludziach o małej wyobraźni - popieram zdjęcia!
    AsiaM

    OdpowiedzUsuń
  5. Rocky
    Ja też proszę o zdjęcia do tekstu. Krajobrazy, zwierzęta, napotkani ludzie i Wy. Warto zobaczyć jak wyglądacie po tej długiej wędrówce! Kto się poczęstował gazem nietrudno się domyślić. Te samoloty to pewnie na Devils Mountain? A czy ten łoś na kolację w Anchorage będzie miał "pieczątki" o przydatności do spożycia? Może na to też macie jakieś "tabletki", jak na wodę? Deszczem się nie przejmujcie bo w Warszawie leje prawie bez przerwy. Buziaki, M.S.

    OdpowiedzUsuń