poniedziałek, 4 lipca 2011

NY z perspektywy

Komu w drogę temu czas. Skoro już opuściliśmy Nowy Jork to może pora na jakieś podsumowanie tego "etapu wstępnego" i więcej smaczków, których ktoś (niech się ten ktoś ujawni) domagał się w komentarzach. Czyli pora na odczucia, a nie pocztówkowo-filmowe powielacze.
Odczucie jakiegoś miasta - to co jest ciekawe, a przede wszystkim co nowe i zaskakujące to sprawa bardzo indywidualna.
Dla nas głownym odczuciem było g-o-r-ą-c-o ! ! ! Ale wstyd by było skończyć opis światowego mocarstwa takim jednym słowem ;)
No dobra, więc co tak naprawdę w całym tym NY rzuca się w oczy? Przede wszystkim multikulturowość i wielość języków. Biali Amerykanie, czarni, żółci, meksykanie. (Powiedzielibyśmy że chudzi, grubi, średni, ale przykra prawda taka, że w sumie prawie wszyscy grubi.) I raczej odstępstwem od normy jest brak tatuażu niż jego posiadanie. No więc, co do multikulturowości można sobie jechać metrem aż na jednej ze stacji na siedzeniu obok pojawiają się 2 małe murzyniątka i z nimi wielki tata murzyn karmiący je hotdogami. A w chwilę później obok zjawia się 3 malutkich chińczyków/japończyków/żółtych w każdym razie na pewno, z mamą wołających "Mum, look" a następnie już w tylko im zrozumiałym języku coś zawzięcie tłumaczących.
Kolejna rzecz - prawie każdy Nowojorczyk ma psa. I to rasowego. A zwykle dwa. Tak do pary. I każdy po tym psie sprząta. Co przypomina nam o jednym fakcie, którego nie dowiecie się chyba z żadnego przewodnika: Codziennie rano, przynajmniej na Manhattanie, ulice są sprzątane i polewane wodą, co nie zmienia faktu, że porannym zapachem przewodnim NY jest powiemy wprost: mocz... Ale skoro mowa o zapachach, to kolejną sprawą jest jedzenie.
Co do żarcia w chińskiej dzielnicy wypowiadać się nie będziemy, bo niektórzy protestowali przed jego skosztowaniem, natomiast coponiektórzy może mogą coś powiedzieć o masażach...
Z ciekawostek - Manhattan to porządna dzielnica, a mieszkańcy cenią sobie ciszę więc z trąbienie jest 350$ mandat...szkoda tylko, że nikt tego nieprzestrzega. Ale oni w sumie trąbią inaczej niż Polacy: bez złości i zajeżdżania sobie drogi, a raczej jakby komunikując coś, albo zwracając uwagę na coś.
A co do reszty: o sushi pisaliśmy, teraz będzie o jedzeniu dla biedaków czyli dla nas w sumie też ;) Wszędzie ale to wszędzie na rogu ulicy stoją takie małe srebrne budki, w których można zjeść hotdogi, falafle, chicken i nie-chiken sandwiche i tego typu rzeczy wszystko do 6 dolców. A poranne budki serwują kawę, kanapki z masłem lub białym serem, muffiny, inne rzeczy na słodko i...jajka na twardo ;). Po za tym knajpy i knajpeczki każdego sortu. Co ciekawe z literką A lub B świadczącą o jakości i higienie.
I głowne wrażenie jest takie, że wszystkie budynki są tak wielkie, że Empire State, który jest niby wyższy niż Tour Eiffel nie zrobił na nas zbytniego wrażenia
Podsumowując: Najfajniej w Nowym Jorku jest po prostu się nim włóczyć (ale może nie 90przecznic dziennie), przechodzić na czerwonym mając samochody i skrzyżowania w najwyższym poważaniu, siedzieć na ławce w Central Parku i pić poranną kawę, a wracając do domu posłuchać w metrze ulicznego grajka, któy naprawdę ma talent. I fajnie też jak turyści, i nie tylko, bez przerwy cię zaczepiają pytając o drogę i jak gdzieś dojść lub dojechać.
I na tym chyba kończy się nasz etap przygotowawczy, a teraz pora zacząć to po co w sumie serio tu przyjechaliśmy :)

1 komentarz:

  1. Czytamy, czytamy, tylko nie wiemy co pisać. Fajnie, że piszecie, piszcie dalej dużo. Pozdro milion od wszystkich.
    FILIPOWICZ

    OdpowiedzUsuń